Nasze rośliny z historią - miniblog

Jeszcze nie uporałem się z pomysłem, by przedstawiać co ciekawsze z mebli, a już przyszło mi do głowy, by analogicznie pisać o naszych roślinach. Chyba dlatego, że ogródek, stanowiąc integralną część domku, dzieli jego losy i jest na podobnym etapie, jak wnętrza. Dużo w nim zdziałaliśmy, lecz daleko jeszcze do efektu końcowego. Jeszcze nie do końca wiemy, jak ogródek będzie wyglądał w przyszłości. Z jednej strony, mamy rośliny, o których wiemy z pewnością, że muszą pozostać. Z drugiej strony, może coś nowego, co zasadzimy, będzie również miało historię wartą uwiecznienia?

Modrzew i trzy brzózki

Modrzew pojawił się koło domu około roku 1970. Nie był więc moim rówieśnikiem, w ścisłym znaczeniu. Ale ponieważ rósł ze mną, na moich oczach, przez lata za takiego go uważałem. To był Mój Modrzew. Ja wkrótce przestałem rosnąć, modrzew nie przestawał. Na początku był tylko jednym z wielu przydomowych drzewek, z czasem zdominował okolicę. Zwłaszcza, gdy zrzucał olbrzymie ilości szpilek, wywołując problemy i skargi sąsiadów. Sam jeden zmieniał glebę ogrodową na leśną tak skutecznie, że rosły pod nim grzyby. Był najwyższy, najgrubszy, najbardziej rozłożysty. Przerósł wysokością sam dom i podobno zaczął stwarzać zagrożenie. To dało, niestety, pretekst ojcu, by pozbawić go czubka. Tak okaleczony przetrwał jeszcze kilka lat, by ostatecznie paść, około roku 2005. Sąsiedzi odetchnęli z ulgą, a ja... Jak się można czuć, gdy ktoś ścina Twoje Drzewo? Cóż, widać tak było trzeba. Nauczka i przestroga: miasto to nie miejsce dla modrzewi.
Piszę o nieistniejącej już roślinie z dwóch powodów. Po pierwsze, modrzewia już nie ma od kilkunastu lat, jednak resztki jego pnia są widoczne do dziś pod żywopłotem. Więc tak, jakby ciągle jeszcze był. Poza tym, tuż obok zasadziłem trzy brzózki. I choć to zupełnie inne drzewa, mają być pamiątką po Moim Modrzewiu. Mentalnie łączę je ze sobą. Tak, jak nowe World Trade Center nasuwa wspomnienia o starym, spektakularnie powalonym w pamiętnym dniu 11 września 2001.

Winorośl

Winorośl to kolejna roślina, która jest na ogródku "od zawsze", albo "prawie od zawsze". Nie pamiętam dokładnie, kiedy się pojawiła. W każdym razie, gdy zaczynałem chodzić do podstawówki, miała już na tarasie metalowy stelaż, na którym w lecie tworzyła zielony baldachim. Po oszkleniu tarasu, baldachim zniknął a winorośl kontynuowała swą wegetację, jako niezbyt estetyczny kołtun, przycupnięty do siatki ogrodzeniowej. Roślina okazała się na tyle żywotna, iż dotrwała do dziś. W ubiegłym roku zbudowałem dla niej prowizoryczną pergolę i próbowałem rozprostować nieco splątane pędy. Na przedwiośniu, zgodnie z radami fachowców, poprzycinałem winorośl. Wyglądała wtedy żałośnie, jednak w lecie rozrosła się zupełnie zaskakująco. Znów utworzył się zielony baldachim, pod którym urządziłem letni kącik wypoczynkowy. Nasz krzew, gdy tylko ma dobre warunki, pięknie owocuje. Winogrona są kwaśne, jednak przy odrobinie dobrej woli, nadają się do jedzenia. Plony bywają na tyle obfite, iż warto pokusić się o przerób. Ojciec parokrotnie podejmował próby produkcji wina. Z różnym skutkiem. Gdy podrosłem na tyle, by móc już legalnie kosztować napoje z procentami, w piwnicy było nieco pełnych butelek i gąsiorów. Niestety, to co miało, w założeniu, być domowym winem, często przypominało bardziej ocet. Toteż napój nie cieszył się powodzeniem moich kolegów. Byłem już po studiach, gdy opróżniłem ostatnie zapasy. Na pewnym francuskim statku, tak się przyzwyczaiłem do wina pitego przy każdym posiłku, że po powrocie do domu, w desperacji dopiłem wszystkie ojcowskie "kwasibory". W tym roku winogron było znów tak wiele, że sam postanowiłem spróbować coś z nich wycisnąć. Niestety, ze względu na zbliżającą się wyprawę do Patagonii, musiałem zbyt wcześnie zebrać owoce i zbyt pospiesznie przefermentować nastaw. Mimo to, efekt jest zachęcający i wygląda, że będziemy mieli nieco butelek wina, i to nadającego się do picia, a nie do polewnia śledzia czy przyprawiania sałaty...

Grusza "klaps"

Grusza to najstarsze drzewo w naszym ogródku i zapewne jedno z najstarszych na osiedlu. Jedyne, które rośnie na naszej działce "od zawsze". W czasach mojego dzieciństwa było dużo, dużo, mniejsze, ale było. Sądząc po ówczesnym (przełom lat 60/70) rozmiarze, niewykluczone, iż posadził je jeszcze poprzedni lokator. O to, i wiele innych spraw, nie zdążyłem ojca zapytać... Gdy byłem mały, towarzyszyły gruszy dwie jabłonie i dwie śliwki. Po tamtych drzewach nie pozostał ślad, kiedy ja, w latach podstawówki i szkoły średniej, wspinałem się na gruszę. Żeby zrywać owoce, albo, ot, tak, dla sportu. A owoce są naprawdę dobre: duże, słodkie i soczyste. Niestety, nie co roku się udają. A nawet, jak się udają, to zwykle są rozdziobane przez szpaki i robaczywe. Mimo to bywały lata, że zebrane gruszki były prawdziwą klęską urodzaju. Owoce są bardzo nietrwałe i trzeba je szybko zjeść (to raczej niewykonalne przy najszczerszych chęciach) albo przetworzyć. Osobiście wolałbym chyba nakarmić ptaki, niż tak sie biedzić ze słoikami kompotu, jak to robiła moja mama. A propos karmienia ptaków, to jeszcze za życia ojca zawiesiłem na gruszy karmnik. Tato z upodobaniem karmił w nim sikorki słonecznikiem, a ja staram się kontynuować tradycje.
Grusza jest już stareńka i wymaga więcej opieki, z mojej strony. Latem walczyłem z mszycami, w zimie muszę jakoś umiejętnie poprzycinać gałęzie. Niech rośnie, jak najdłużej. Wszak zainwestowałem dla niej w kosztowne narzędzia do zrywania owoców. Ale nie tylko dla tego. Umyśliliśmy z Marzenką, iż najbliższą, okrągłą rocznicę ślubu uczcimy umieszczeniem na gruszy małej kapliczki. Żeby jej strzegła na przyszłość!

Topinambur

O tym, że ta roślina nazywa się topinambur, dowiedziałem się całkiem niedawno. Ale żółte, jesienne kwiatki, o wysokich łodygach i charakterystycznych, włochatych liściach, towarzyszyły mi od dziecka. Rosły zawsze gęstą kępką, w kącie działki. W towarzystwie dużego kamienia z piaskowca i drewnianego słupa elektrycznego. Gdy byłem mały, lubiłem zaszywać się w ten gąszcz, robiąc sobie w środku kryjówkę. Kamień, rozbity na kawałki, trafił ostatecznie do fundamentów garażu. Słup zniknął, gdy modernizując sieć, ukryto ją pod ziemią. Topinambur trwa w tym samym miejscu od półwiecza. A już, już, wydawało się, że go nie będzie. Ojciec, pod koniec życia, postanowił go wykarczować i zasadził w tym miejscu inne kwiatki. Chyba tylko przez jego przeoczenie, zachowało się kilka, zapomnianych łodyg. Ja z kolei, w przyszłości zaplanowałem w tym miejscu nową bramkę w ogrodzeniu. Mimo wszystko, postanowiłem tę ogródkową skamieniałość uratować. Ubiegłej jesieni, czy też może wczesną wiosną, starałem się resztki korzeni topinambura przesadzić w nowe miejsce. Efekt był zupełnie nieoczekiwany. Co prawda w nowym miejscu wyrosło niewiele. Za to w poprzednim miejscu, z którego starałem się skrzętnie korzenie kwiatka usunąć... gąszcz odrósł równie duży, a może nawet większy, niż dawniej. Topinambur był, jest i będzie. Podobno korzenie są jadalne, więc, kto wie... może trafi pewnego dnia na nasz stół?

Powrót