Tygrysek

    

Kiedyś, gdzieś przeczytałem, że niemieckiego Konig Tiger nie należałoby tłumaczyć jako Królewski, bo po polsku ten gatunek to zdaje się bengalski ale wśród aliantów tak się przyjęło. Ci, co trzeba, wiedzą o co chodzi: Tygrys Królewski i wszystko jasne – najdoskonalszy, najsilniejszy czołg niemiecki z II wojny. Tyle, że za mało ich już było by odegrać znaczącą rolę. Ale miało być o moim Tygrysku.

Ten narodził się w japońskiej Tamiya kilkanaście lat temu. Coś mnie podkusiło by go wówczas kupić i ... w częściowo zmontowanym stanie przeleżał się z dziesięć lat. Ciągle coś stało na przeszkodzie, by kupić aparaturę do sterowania i elektroniczny regulator prędkości. Aż przyszedł czas i czołg miał już wszystkie organy wewnętrzne. To optymistyczny przykład na to, że czasem udaje się realizować nawet najstarsze, pożółkłe pomysły. Tygrysek jest bardzo prosto pomalowany. Oficjalnie to czołg SS-Untersturmfuhrera Karla Brommanna walczącego w Sopot. Ale tak szczerze, to jakoś nie miałem melodii do malowania go w jakieś finezyjne kamuflaże bo to ani sprzętu ani cierpliwości. Żeby tradycji stało się zadość, to ciągle jest coś do zrobienia: umocować szekle holownicze, usprawnić mechanizm naciągu gąsienic i kupić jakąś porządną, pojemną baterię bo ta co jest to... Ale na to mam kolejne 10 lat. Tygrysek otrzymał własną lawetę  – nosidełko. Można go na niej przenieść np. z samochodu na plac boju czyli jakąś nadwiślańską łachę piachu. Gdy naprawdę mamy dużo czasu, to się wybieram na takie rundki. Niestety, musimy sobie wyszukać jakieś nowe, bezpieczne miejsce, bo w dotychczasowych ciągle grozi Tygryskowi rozjechanie przez szalejące tam quady, motory crossowe, auta terenowe i diabli wiedzą co jeszcze.

Powrót / Back