Historia jednego wiatraka.

Czym jest wiatrak w Holandii? Nie można określić jednym słowem. Jest integralnym elementem krajobrazu, kultem, instytucją samą w sobie, instalacją przemysłową, symbolem kraju i kto wie, czym jeszcze. Holandia to kraina wiatraków i spotyka się je tam na każdym kroku. Jest to jedynie cząstka, jaka przetrwała z wielu tysięcy, które się niegdyś obracały pod niderlandzkim niebem. Niektóre znikły bez śladu a solidne, murowane podstawy innych służą do dziś jako domy. Ich widok przypominający babki z piasku mnie osobiście kojarzy się z jakimiś osiedlami Muminków. Wielka liczba wiatraków wynikała z ich głównej funkcji - pompowania wody, choć wiele służyło też do mielenia zboża jak w Polsce. W Holandii nie wolno budować nowych wiatraków, jedynie odbudować gdy np. któryś z istniejących się spali. Kiedy wiatrak nie pracuje, to pozycja jego skrzydeł zawsze coś oznacza, są jak telegraf bez drutu. O holenderskich wiatrakach można by bez końca...

 Kiedyś, gdy pracowałem z Holendrami i bywałem w Niderlandach często, mogłem na nich i ich wiatraki patrzeć z wysoko podniesioną głową. Powód? Mój dziadek, Józef Micek z Zarębek też był właścicielem wiatraka, co więcej, sam go zbudował!

 

Jako chłopski syn, samouk, dziadek miał niezaprzeczalne zdolności techniczne. Pozwoliły mu zajmować się profesjonalnie ciesiołką, rozwiązywać skutecznie i prosto niezliczone techniczne problemy w jego rolnym gospodarstwie i wciąż udoskonalać swoje maszyny. Napiszę o tym osobno. Tu ma być tylko o wiatraku. Niestety moje informacje o nim są niepełne, jako dziecko nie byłem przecież kronikarzem, nie ciągnąłem dziadka za język, jak należy, dziś już za późno...

Pierwszy wiatrak dziadek zbudował jako nastolatek! Postawił go na południe od zarody, dość blisko, w miejscu zwanym "U Granicy". Nazwa pochodzi od granicy wsi Zarębki i Kolbuszowa Dolna. Był niewielki, prawdopodobnie dwu - , dwu i półmetrowy. Działał, mełł zboże lecz go nie przesiewał na mąkę spożywczą. To była mąka jedynie na paszę.

Kolejny wiatrak, już pełno-wymiarowy i pytlujący mąkę powstał na niewielkiej górce, kilkaset metrów od zabudowań, oddzielony od nich też drogą przez wieś, zwaną Gościńcem. Dziadek zbudował go w połowie lat 30-tych ubiegłego wieku. Był to wiatrak - koźlak, co oznacza że cały się opierał i był obracany do kierunku wiatru na solidnym pionowym słupie, zwanym królem. Na królu uwieczniono ołówkiem stolarskim datę postawienia, wydaje mi się, że był to rok 1934, ale pewności nie mam. Dziadek mówił mi, że do budowy wykorzystał elementy starszego wiatraka, bodaj z lat 20-tych. Król był podtrzymywany ze wszystkich stron przez drewniane przypory, stojące na solidnych podwalinach z wielkich kamieni polnych. Do obracania młyna w kierunku wiatru służył długi drąg, taki dyszel pociągany przez łańcuch. Łańcuch nawijał się na kołowrót osadzony w ramie, obracany ręcznie jak windy na średniowiecznych żaglowcach. Rama była zahaczana w odpowiednich miejscach o solidne kołki (pachołki) wbite w pewnych odstępach wokół wiatraka. Część poszycia skrzydeł, czyli śmigów, była stała pozostałe dokładało się lub zdejmowało zależnie od siły wiatru. Do zatrzymywania śmigieł służył solidny hamulec na kole napędowym. Nie będę się dalej rozpisywał o konstrukcji, działaniu koźlaka ani podawał specjalistycznego nazewnictwa. To są ogólnie znane rzeczy, wszystkiego można się dowiedzieć odwiedzając jeden z licznych skansenów, choćby w Kolbuszowej. Wiatrak dziadka nie był ani szczególnie duży ani zaawansowany technicznie. Ot, typowy dla okolicy. Bo w okolicy było wiatraków więcej. Co ważne, dziadek jako cieśla - specjalista brał udział w budowie wielu z nich. Na zdjęciu poniżej jest na przykład wiatrak nieco starszy z pobliskiego Cmolasu.

Gdy się obejrzy wiatrak bliżej, zaczyna zachwycać prostota i celowość konstrukcji oraz wykonania. Przed wojną była to poważna inwestycja, na jaką tylko nieliczni, solidni gospodarze mogli sobie pozwolić. Nie zapamiętałem niestety gatunków drzewa użytych do budowy, choć dziadek mówił mi raz jakie zastosowano do określonych części i dlaczego. Sam odkryłem, że użyte do budowy gwoździe były w przekroju kwadratowe, nie okrągłe, widać taki przedwojenny standard. Co ciekawe, gdy się który wydobyło, błyszczał nieraz jak nowy po tylu latach! Było trochę stalowych elementów z gwintami, różnych śrub i ściągów. Gwinty nie były metryczne, może calowe a może jakichś nienormowanych, kowalskich rozmiarów. Po użytych nietypowych podkładkach widać, jak każdy kawałek metalu był cenny i się dziadkowi przydawał. Prawdziwy ekologiczny recykling. Samowystarczalność, energia odnawialna, recykling. Pięknie w XXI wieku brzmią takie hasła w odniesieniu do maszyny sprzed prawie stu lat...

Nie wiem wiele o tym, jak w praktyce mielono zboże, jak wiatrak funkcjonował w wiejskiej gospodarce. Jestem przekonany, że pracował nie tylko dla właściciela. Wiem, że mielono w nim żyto na chleb i pszenicę na bułki, pierogi i inne smakołyki. Nie mam pojęcia jak się za usługi rozliczano... Znów, można się odwoływać do analogii z innymi wiatrakami w innych wsiach. Sam widziałem czynny gospodarski wiatrak (choć nie był akurat włączony) ok. 10 lat temu w Markowej koło Łańcuta. Może jeszcze istnieje? A może gdzieś jeszcze w Polsce taki pracuje? Pamiętam, w Woerden w Holandii była nawet piekarnia wyłącznie piekąca z mąki pochodzącej z lokalnego wiatraka.

Jakoś tam sobie wiatrak ruszył i pracowicie funkcjonował do wojny. Podczas okupacji Niemcy zakazali używania wiatraków, nawet ręcznych żaren. Lecz chyba nie zaplombowali dziadkowego wiatraka i nie zabrali jakiejś kluczowej części (jak ja bym zrobił na ich miejscu) bo, jak mi opowiadano, nocami odbywało się ryzykowne mielenie. Ile wówczas trzeba było odwagi by jakoś "normalnie" przeżyć!
Poniżej jedyne zdjęcie dziadkowego wiatraka w pełnej krasie, jakie posiadam. Tak wyglądał w czasach świetności.

Po wojnie, jak sądzę, wiatrak wrócił na jakiś czas do normalnego użycia. Nie przypominam sobie nic o relacjach wiatrak - władza ludowa. Z czasem jednak wyszedł z użycia, choć dokładnie nie wiem kiedy. Na początku lat 60-tych Zarębki uzyskały dostęp do prądu. Dziadek jako jeden z pierwszych zaopatrzył się w silnik elektryczny na "siłę" czyli 380 Volt, zaopatrzył w koło pasowe i zelektryfikował gospodarkę. W wygospodarowanym kącie drewnianej stodoły i sąsiadującej, murowanej przybudówce umieścił koła młyńskie, napęd pasowy i wszystko inne, co trzeba. Za mojej pamięci cała ta maszyneria była w użyciu. Cały kompleks nosił trafną nazwę "Tam, gdzie się miele". W przybudówce wszystko było pokryte białawym nalotem i panował specyficzny, skwaśniały zapach zaczynu na żurek. Lecz tam znów mielono zboże bez przesiewania, na paszę. Skąd pochodziła mąka na chleb? Zboże wożono do dużych młynów u profesjonalnych młynarzy. Pewnie coraz częściej kupowano mąkę ze sklepu GS aż w końcu i sam chleb zaczęto kupować.

W międzyczasie na plan pierwszy zaczęły wychodzić inne funkcje wiatraka. Był oryginalnym, można rzec romantycznym elementem krajobrazu. Ulubionym tłem pamiątkowych zdjęć szybko rosnących dzieci i wnuków. Zachowały się takie fotografie. Na jednym jest kuzynka. Kilka zrobił ojciec mojej małej siostrze .

       

Lecz nie tylko to. O ile pamiętam, właśnie z okna na pięterku jedna z moich kuzynek obserwowała zachód słońca, by go opisać w szkolnym wypracowaniu. Właściwie nie wiem, gdzie był zachód w stosunku do młyna. Jako brzdąc, dopiero po jakimś czasie sobie uświadomiłem, iż wiatrak mógł się kiedyś obracać i mieć okno skierowane w dowolną stronę. Za moich czasów już był martwy i drzwiczki patrzyły zawsze w stronę domu dla lepszego "monitoringu".
Kolejna funkcja to łatwo rozpoznawalny element topografii. Jak dziś ludzie nadają nazwy folderom (czy kto woli katalogom) na swoim komputerze, tak dawniej dla zbliżonych celów chłopi nadawali nazwy własne kawałkom pól, kępom drzew, łączkom. Myślę, iż historycznie starsza była nazwa "Na Górce", "Za Górką". W czasach mego dzieciństwa częściej słyszałem, może lepiej zapamiętałem określenia jak "U Młyna", "Za Młynem". Ach ileż tych nazw było, niektóre znane jak nazwy sąsiednich ulic w rodzinnym Rzeszowie: "U Kanału", "Na Działach", Na Starym Miejscu", "Na Kamykach" i wiele, wiele innych.
Niektóre bardziej egzotyczne, legendarne jak "Kurdzielówka", nie wiedziałem, gdzie to jest i nigdy tam nie byłem.
Warto tu zwrócić uwagę, że nie używało się określenia "wiatrak". Dla wszystkich to był "Młyn" i już.
Wiatraki są charakterystycznymi punktami orientacyjnymi. Jak stawy nabrzeżne w nawigacji. Dlatego były zawsze nanoszone na mapy wojskowe i inne, bardziej szczegółowe. W czasach PRL-u dobre mapy były tajne, nawet te do zastosowań cywilnych miały nadruk "poufne" i kolejny numer. Dziś można sobie takie mapy kupować. Wiatrak dziadka był oczywiście naniesiony na mapy sztabowe, można go było znaleźć nawet w atlasie samochodowym i to długo po zniknięciu z krajobrazu. Dziwne uczucia wywołuje u mnie świadomość, iż dziadkowy wiatrak już zawsze będzie figurował na starych, archiwalnych mapach, nawet za 100 lat!

Nieużywany młyn powoli podupadał. Zaczął próchnieć kołowrót do obracania i wbite w ziemię kołki. Sypała się ażurowa konstrukcja śmigieł. Lecz wiatrak, jaki zapamiętałem, stał jeszcze dumnie, sztywno i prosto. Pamiętam też, iż o kilkaset metrów dalej na wschód stał kolejny, podobny wiatrak. Jeśli się nie mylę trafił on potem do skansenu. Dla dziecka młyn był tajemniczym obiektem, jak niedostępne ruiny zamku. Miał on dawać czasem schronienie tajemniczemu stworzeniu, które wiejskie dzieci nazywały łaska. Dla mnie łaska z młyna pozostała legendą jak szczur wodny z "rzyki", nigdy ich na własne oczy nie zobaczyłem. Takie małe potworki z Loch Ness. Ileż to razy zaglądałem zaintrygowany przez szpary w drzwiach do ciemnego wnętrza, wspinając się na nadgryziony czasem mostek czyli mały balkonik. Widziałem tylko jakieś stare, suche grochowiny. Pod wiatrakiem, wokół podstawy też czasem składowano jakąś słomę czy snopki. I oto pewnego dnia pozwolono mi zajrzeć do środka. Dziadek dał mi klucz: specjalną korbkę przechowywaną w szufladzie stołu. Korbką odkręcało się długą śrubę mocującą sztabę na drzwiach. Ach, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta pierwsza wizyta! Zdaje mi się, że w środku wyposażenie było kompletne. Nawet charakterystyczny, drewniany obciążnik w kształcie serca wisiał na sznurku. Tylko ze świętego obrazka na pięterku pozostała ramka z resztkami papieru w rogach. Byłem w wiatraku potem jeszcze kilka razy, lecz nie za wiele. Wiatrak starzał się. Sypało się oszalowanie, zewnętrzna drabinka. Pewnego razu z ojcem i kuzynem poprawiliśmy drabinkę, załatali dziury w poszyciu. Uwieczniliśmy ten "remont" stosownym zapisem na królu, przy okazji "odrestaurowaliśmy" zapisaną ręką dziadka datę budowy. Nasz remont nie zdał się rzecz jasna na wiele. Zachowało się poniższe zdjęcie z tego mniej więcej czasu a na nim ja (ten półleżący)z siostrą i kuzynostwem.

Wiatrak stał sobie cicho, niszczejąc coraz bardziej. Przez wiele, wiele lat był jedynym wiatrakiem (poza skansenem) w promieniu dziesiątków kilometrów, co potwierdzają mapy. Dziury w poszyciu i zaciszny schowek przy podstawie, zachęcały do odwiedzin drobnych pijaczków i początkujących palaczy. Po zewnętrznych elementach nie pozostał ślad. Przegnił wał napędowy i odpadł krzyż śmigła. Wiatrak, jak stary człowiek zaczął się garbić ku ziemi. Wciąż jednak opierał się burzom i huraganom. Na koniec stan był tak katastrofalny, iż trzeba go było rozebrać by uniknąć jakiegoś wypadku. Nie dane mu było szczęście wylądowania w skansenie bo tam posady były od dawna zajęte. Szczęśliwie nie zamienił się w całości w drewno opałowe - znalazł się ktoś zainteresowany, by relikty wiatraka przechować z myślą o wykorzystaniu przy potencjalnej rekonstrukcji. Pewnego słonecznego dnia złożyłem w młynie ostatnią wizytę, robiąc przy okazji parę pamiątkowych zdjęć z ostatnich jego dni.

       

Potem mój ojciec zrobił dokumentację techniczną i zorganizował ekipę rozbiórkową. To wcale nie takie hop-siup. Trzeba było wynająć dźwig samojezdny. Ciekaw jestem, jak bez dźwigu montował na przykład takie koło napędowe mój dziadek... I stało się tak, iż pewnego dnia relikty wiatraka ciężarówka wywiozła w siną dal a na miejscu pozostały tylko wielkie głazy podwalin, może znaczą miejsce po młynie do dziś? Muszę to sprawdzić.
Dla dociekliwych lub szczerze zainteresowanych zamieszczam poniżej odsyłacze do galerii zdjęć wiatraka w jego ostatnich dniach oraz opisu "z natury", sporządzonego przez mojego ojca przed rozbiórką.

          

Często przemierzam trasę Rzeszów - Warszawa traktem nadwiślańskim. Po drodze jest jeden wiatrak, bodajże w miejscowości Maruszów. Właściwie wypłowiała szara, waląca się ruinka , jak ta dziadkowa w swych ostatnich latach. Nawet kiedy jadę nocą staram się go wypatrzyć, upewnić się że stoi. Ciekawe czy zrobi mi się smutno gdy pewnego dnia zniknie...

Nie tak dawno pamięć dziadkowego wiatraka raz jeszcze we mnie odżyła. Poproszono mnie o jego obraz. Zrobiłem go w pasteli. Nadciągają ciemne chmury, wróżą silny wiatr. Młyn hula i miele całą mocą. A dziadek Micek znalazł chwilę czasu, by podejść do pobliskiego łanu dojrzewającego zboża, pszenicy może, i zagarnąć kłosy ramieniem. Czy chciał w ten sposób ocenić wielkość zbiorów? Czy taka sytuacja miała kiedykolwiek miejsce? Tylko wiatrak mógłby powiedzieć. Pastelowy obrazek to ostatni akcent historii wiatraka, który przyszedł mi do głowy.

Powrót