Wokół Puszczy Kampinoskiej

 

Przede wszystkim! Nie mam żadnych zdjęć z  wyprawy ani z paru innych tu opisanych. Przed epoką aparatów cyfrowych pstrykałem bardzo okazyjnie. A podczas samotnych wypraw rowerowych, to już na palcach jednej ręki mógłbym... Nie będę na siłę ozdabiał. Kto nie lubi pisanego, temu "z Bogiem!".

 

To było w 1999 roku. Oczywiście, nie pierwsza to rowerowa wyprawa do Puszczy Kampinoskiej. W rzeczywistości, robiąc całodzienne trasy, już dużo wcześniej przemierzyłem wszystkie znakowane i wiele nie znakowanych szlaków więc puszczę dobrze znałem.

Tym razem przyświecały mi dwa cele: Po pierwsze dobrze przetestować niedawny zakup: full-a Trek Y-Glide w terenie nizinno – piaszczysto – bagienno – mieszanym. Po drugie przejechać za jednym zamachem, niedawno wyznakowany, pierwszy w okolicy szlak rowerowy . Szlak biegnący skrajem puszczy liczy dookoła chyba 145 km o ile pamiętam. Razem z dojazdem z domu i powrotem dawało to okrągłe 200 km, co nadawało  wyprawie posmak wyczynu. Pewna wiosenna sobota okazała się dniem odpowiednim – pogoda dopisała. Bladym świtem doturlałem się wzdłuż Wisły w okolice Młocin, odbiłem do Wólki Węglowej i gdzieś tam „wpiąłem się” w szlak, objeżdżając go zgodnie ze wskazówkami zegara. Czyli w stronę Izabelina, Mariewa, Roztok i tak dalej. Teraz, gdy to piszę, nie mam mapy przed sobą i  muszę odtwarzać z pamięci. Nigdy już do tego znakowanego szlaku nie wracałem. O ile pamiętam, doprowadził mnie do Roztok, potem w rejon grodziska – Zamczyska. Dalej, już nie pamiętam którędy, docierało się chyba aż do Żelazowej Woli. Mam w pamięci taki moment: odpoczywam koło budek przy parkingu, naprzecie dworku Chopina i myślę, że to jakaś połowa trasy a ja jeszcze mam dużo siły. Potem różnymi, nieco przypadkowymi dróżkami jechałem do północno – zachodniego krańca puszczy i posuwając się północnym skrajem dotarłem do Leoncina. W sposób, który uleciał mi z pamięci, szlak przemierzał wypełnioną wioskami i polami „wyrwę” w centrum puszczy i w którymś momencie natrafiał na dawną trasę toru kolejowego do składnicy amunicji w Palmirach. Tym kolejowym nasypem docierało się do Łomianek, skąd już żabi skok do zamknięcia pętli. Bez otwierania tam szampana, nieco jednak zmęczony, poturlałem się do domu. Rower się sprawdził, bo na swoim „sztywniaku” byłbym bardziej wytrzepany. Ja się sprawdziłem, bo te 200 km przejechałem bez problemu. Szlak się nie sprawdził. Po pierwsze trasa została wyznakowana za elegancko a niepraktycznie. O ile pamiętam już wówczas (!) Unia się dołożyła do projektu. Poskutkowało to, oprócz rozmieszczenia tablic informacyjnych z mapą tu i tam, oznaczeniem szlaku w terenach cywilizowanych eleganckimi plastikowymi tabliczkami, przytwierdzonymi do słupów. Rezultat? Po roku większość tabliczek znikła i gdybym nie miał dokładnej mapy ze sobą nigdy bym szlaku nie odnalazł. Nie wiem, czego się spodziewałem po szlaku. Rozczarował mnie nieco przebieg. Nic odkrywczego w terenach zalesionych. Za to duże partie asfaltowymi drogami przez wsie. Summa summarum – przejechałem, „zaliczyłem” ten koronny wówczas szlak rowerowy. Ale już nie czułem potrzeby do niego wracać. Minęło zadziwiająco wiele lat, więc nie mam pojęcia, co się z szlakiem dzieje: czy jest konserwowany i utrzymywany bez zmian, czy trasa została skorygowana na życzenie rowerzystów? A może czas już zatarł jego ślady? Muszę kiedyś to sprawdzić.

Na zakończenie tej historyjki pozwolę sobie na dygresję, dlaczego nie przepadam za znakowanymi szlakami rowerowymi. Czasem z nich korzystam ale bez entuzjazmu. Bo się zraziłem, gdy się pojawiły. Czym?

-         było codziennością, jeszcze niedawno, że przebieg nowych szlaków nie był nanoszony na mapy turystyczne, więc w rezultacie spotykało się w terenie znaki szlaków biegnących: nie wiadomo skąd i dokąd.

-         Trasy prowadzone niejednokrotnie zwykłymi drogami, przypadkowo, nieciekawie.

-         Oczekiwałem od nowych tras czegoś świeżego: chytrych skrótów, ciekawych ścieżek a najczęściej prowadziły banalnie, w sposób nudny i oczywisty ( bywają wyjątki).

-        Trasy szybko się dezaktualizowały, miałem np. takie przypadki (na innym szlaku, nie w Puszczy): nowowyznakowany nakładem jakiejś gminy szlak sobie biegnie a tu  w lesie wyrasta ogrodzenie. Budowa osiedla, teren prywatny (w lesie! pewnie ta sama gmina też dała pozwolenie na budowę). I co? I nic! Żadnej informacji, korekty, objazdu. Szukaj sobie naiwny rowerzysto sam drugiego końca tej zerwanej nici Ariadny! To akuratnie dotyczy też szlaków pieszych. Taka mała turystyczna plaga okolic Warszawy.

-         W  okolicach Warszawy przejechałem praktycznie wszystkie znakowane, szlaki piesze. W każdym rejonie, gdzie takowe istnieją, szlaki rowerowe nie są dla nich żadną konkurencją, alternatywą. Po prostu, jeśli się używa roweru górskiego, to warto jeździć szlakami pieszymi. Najzwyczajniej są ciekawsze i tyle. Koniec dygresji.

 

 

Powrót
Back