BUENOS AIRES

BOSKIE BUENOS. Gdy tam byliśmy, wciąż pobrzmiewał w uszach stary szlagier Maanam-u.

Buenos Aires brzmi równie elegancko, co egzotycznie. Nie do pomyślenia, by w drodze do Patagonii, nie spędzić w "Paryżu południa"choć paru dni. Ja poznałem tę metropolię już przed wielu laty. Z tym większą przyjemnością, chciałem "swoje Buenos" pokazać Marzence. A przy okazji, przekonać się jakie zmiany zaszły w mieście od poprzednich wizyt. Siłą rzeczy, była to podróż sentymentalna, do tych samych miejsc, znanych sprzed lat.

Zaczęło się od tego, że z premedytacją zarezerwowałem ten sam hotel, w którym mieszkałem kilkanaście lat wcześniej - Nogaró. Stylowo staroświecki, wygodny i świetnie położony. Nie jest to hotel luksusowy, za to cena niewygórowana. Po upływnie ponad dekady, jego stylowość nieco w moich oczach przyblakła. Natomiast strategicznej lokalizacji, tuż przy Placu Majowym, wciąż nie da się przecenić. Dzięki niej, kilka razy dziennie mogliśmy bywać na Plaza de Mayo i podziwiać Casa Rosada czy katedrę. Mogliśmy spacerować po placu tuż po śniadaniu i późnym wieczorem. Stamtąd też niedaleko do wszystkich centralnych atrakcji miasta. Jeden krok do słynnego deptaku handlowego Florida, czy Avenida de Mayo ze słynną kawiarnią Tortoni. Dwa kroki do ikony BA - Obelisku, czy w drugą stronę, do starej dzielnicy San Telmo. Tam, na ulicy Defensa natrafiliśmy na jedną z atrakcji, typu "zobacz koniecznie", czyli niedzielny pchli targ. Dla nas, wytrwałych piechurów, były w zasięgu spaceru, Plac Kongresu i dworzec autobusowy. A nawet tak odległe dzielnice, jak Recoleta czy Boca.

Recoleta, to przede wszystkim słynny cmentarz z grobowcem ikony popkultury, Evity Peron. Być w Buenos i nie przyjść na jej grób? Tuż obok, w niedzielę rozciąga się wielki kiermasz rzemiosła artystycznego, gdzie zdumiewa pomysłowość w kreatywnym wykorzystaniu odpadów przez jednych, a bezwzględność w kopiowaniu pomysłów u innych. W ogóle, ilość i wszechobecność domorosłych artystów, usiłujących zarobić na wyrobach rzemieślniczych, jest w Argentynie zdumiewająca. Aż żal, że my takich dupereli nie zbieramy i nie kupujemy. Będąc w Recoleta, łatwo odnaleźć jeden z nowszych symboli Buenos - rzeźbę gigantycznego kwiatka ze stali nierdzewnej, zamykającą się na noc. My w tej dzielnicy wyszukaliśmy własne dwie "perełki". Najpierw zaszliśmy do centrum handlowego, z wyposażeniem mieszkań. W nim Marzenka od pierwszego wejrzenia zakochała się w kuchence gazowej, jakby stworzonej do naszej rzeszowskiej kuchni. Niestety, ową kuchenkę można kupić tylko i wyłącznie w Argentynie. Moją perełką była, odnaleziona po kilkunastu latach, restauracja z mini-browarem, Buller Pub. W niej zjedliśmy mój urodzinowy obiad. Tu, pierwszy raz zetknęliśmy się ze słynną argentyńską wołowiną i wytoczyliśmy się z knajpy, najedzeni jak bąki. Jakby dla równowagi, odkryliśmy i później wielokrotnie jedli, inną argentyńską specjalność: super-prostą pizzę fugazza. Ma tylko, i wyłącznie jeden dodatek: cebulę. Przy okazji wspomnę o śniadaniach. Spożywa się je na słodko. Królują rogaliki. Jako dodatek, masa karmelowa, czyli dulce de leche. Marzenka w domu by się tego nie czepiła. Ale w Argentynie? W każdej ilości!

Z naszego hotelu było też niedaleko do Perto Madeiro. Dawna dzielnica doków i magazynów, to teraz najmodniejszy rejon biur i niezliczonych restauracji. Zachodziliśmy tam parokrotnie. Nie byłbym sobą, gdybym przy okazji nie obejrzał muzealnej korwety Uruguay z XIX wieku.

Najdłuższego spaceru wymagało odwiedzenie dzielnicy Boca. Odkąd tamtejsze, prymitywne domki z blachy falistej, pomalowano na wszystkie kolory tęczy, dzielnica stała się jeszcze jedną atrakcją turystyczną. Wciąż jednak cieszy się złą sławą slumsu i chyba niewielu turystów dociera tam nie taksówką, nie autokarem, lecz jak my: piechotą. Było to może trochę niefrasobliwe, lecz w końcu biały dzień a odległość do pokonania od cywilizowanego parku Lezama i St Telmo, oraz ilość slumsów po drodze, nie taka duża. Turystyczna część dzielnicy robi nieco sztuczne wrażenie, a od kolorowych domków bardziej podobał mi się dziwaczny, zabytkowy most Transbordador. Jednak wycieczka była ciekawa i dała poczucie satysfakcji.

Jak już wspomniałem na wstępie, Buenos Aires jest, uważane za miasto niebezpieczne. Zapewne nie bez powodu. Widać to choćby po sposobie noszenia plecaków i torebek - zawsze z przodu, zawsze przy sobie. Dostosowując się do tych warunków, staraliśmy się poruszać po mieście za dnia i unikać odludnych miejsc. Zabieraliśmy ze sobą tylko to, co niezbędne, wszelkie walory pozostawiając w hotelowym sejfie. Zrezygnowaliśmy z lustrzanki, zadowalając się robieniem zdjęć smartfonem. Żeby się nie rzucać w oczy, zrezygnowałem nawet początkowo z kapelusza, ale słońce za mocno mi grzało głowę! Dzięki temu, odważyliśmy się zapuścić nie tylko do Boca ale i w cieszące się złą sławą, okolice dworca autobusowego.

Oswoiwszy się z miastem, nabrawszy śmiałości, na koniec podjęliśmy wyzwanie największe. Wpadłem bowiem na pomysł ciekawej wycieczki. Po co kręcić się jeszcze jeden dzień po centrum, jak można pojechać do pobliskiego miasta La Plata, gdzie jest światowej sławy muzeum przyrodnicze? Wyzwaniem była, niezalecana turystom, podróż pociągiem linii Roca, odchodzącym z dworca Contitution. Przyjęliśmy znów zasadę nie rzucania się w oczy i nie wyróżniania. Półtoragodzinną trasę przesiedzieliśmy cicho, skromnie, często udając drzemkę, by uniknąć nagabywania przez niezliczonych handlarzy. I udało się objechać szczęśliwie. A niezwykła kolekcja wszelakich stworów, szczególnie prehistorycznych, wynagrodziła trudy z nawiązką.

Można mieć wiele skojarzeń, związanych z boskim Buenos. Dla jednych to miasto Evity, dla innych Maradony. Dla mnie to miasto Tony-ego Halika. I oczywiście Gombrowicza. A trzeba pamiętać, że jest to miasto kultury. Muzeów, galerii, teatrów, lecz również niezliczonych księgarni. Bo wygląda na to, że w biednej Argentynie ludzie wciąż czytają na papierze i e-booki mają jeszcze dużo terytorium do zdobycia. I w licznych stołecznych księgarniach naprawdę było widać książki Gombrowicza! Na poczesnym miejscu, w witrynie! Innym polskim akcentem był w kinach animowany film o Van Goghu!

Buenos Aires ma w sobie coś. Ja to wiem i mam nadzieję, że Marzenka się ze mną zgodzi. Ma specyficzny charakter, atmosferę i styl, o którym można by pisać książki. Mnie kojarzy się z artystą w podeszłym wieku. Z malarzem, muzykiem, a najpewniej z pisarzem. Z artystą, który się zestarzał, podupadł na zdrowiu i nieco stoczył. Takim, co żyje głównie przeszłością i lubi przepić ostatnie grosze. A jak się upije to staje się agresywny i wdaje w awantury. Gdy jednak uda mu się wytrzeźwieć, to wciąż potrafi tworzyć. I to tworzyć w coraz bardziej unikalnym, klasycznym stylu. Nie bez powodu, wielu ludziom Boskie Buenos kojarzy się z tangiem, tańcem niegdyś erotycznym, dziś raczej staroświeckim.

PAMPA
PATAGONIA

Powrót do wstępu
Back to introduction