PAMPA

Pampa nie była celem wyprawy, samym w sobie. Była rozległą przestrzenią, oddzielającą Buenos Aires od upragnionej Patagonii. Konieczną do pokonania, lecz zupełnie niezachęcającą. To, czym się zapisała przed laty w mojej pamięci, i co potwierdzają mapy, to powalająca monotonia. Setki kilometrów dróg, bez jednego zakrętu, wiodących non-stop przez trawiastą równinę. Wszechobecne stada bydła, tu i tam rząd topoli, jakiś staw. Okazała brama, wiodąca do farmy, z drogi niewidocznej Estancji, zasłoniętej kępą drzew. W najlepszym wypadku nieciekawe miasteczko po drodze. Składa się zawsze z niskich, nijakich domków, położonych wzdłuż regularnej siatki uliczek, przecinających się pod kątem prostym.

Pampa to serce Argentyny. Tu się tworzyła legenda gauczów. I rolnicza potęga. Tu uprawiano na eksport pszenicę, dzięki której Argentyna przed ponad wiekiem stała się naprawdę bogatym krajem. Stąd pochodzi dziś słynna wołowina. Ale nieskończone pastwiska, poprzegradzane płotami, zieją straszliwą nudą.

Z buntu przeciw tej monotonii, zacząłem dokładniej studiować mapy i przewodniki. Chciałem znaleźć jakąś ciekawszą skazę na nieskalanie równej i zielonej powierzchni, która uzasadniałaby przerwę w podróży. Było to szczególnie trudne podczas podróży na południe. Wszak wzywała nas upragniona a odległa Patagonia i chcieliśmy się w niej znaleźć, jak najszybciej. Mimo to, nadłożyliśmy drogi, by zanocować w rejonie Sierra de la Ventana i chociażby z okien samochodu popodziwiać to malownicze pasmo górskie.

Nieco więcej Pampy udało nam się pokosztować w drodze powrotnej. Już nasyceni Patagonią, lecz wciąż nieznudzeni Argentyną, mieliśmy dość czasu, by posuwać się wolniej i zrobić parę przystanków. Wspomnę o trzech. Opuściliśmy Patagonię po tamie na rzece Colorado, trafiając na, najbardziej chyba skrupulatną w kontrolowaniu, policjantkę. A dalej jakieś sto kilometrów, dziurawej, prostej jak strzała, drogi przez płaską jak stół pustynię. Ni z tego, ni z owego, z pustyni wyrasta samotna, obła góra z granitu. To niewielki Park Narodowy Lihue Calel. Wdrapaliśmy się po nagiej skale na sam szczyt. Nosi on niewdzięczną nazwę Towarzystwa Naukowego Argentyny. Marzenka, wdrapując się, nieco marudziła, mówiła coś o przepaściach, wężach i pumach. Ale gdy się wreszcie rozejrzała z samej góry - zaniemówiła. Tak imponującego widoku na absolutną nicość, jak okiem sięgnąć, jeszcze nie widzieliśmy. I raczej nie da się tego widoku zapomnieć.

Na dalszej trasie nadłożyliśmy sporo kilometrów, by wiedzeni sentymentem do powieści Verne, odwiedzić miasteczko Tandil. Okazało się zaskakująco duże i oblegane przez turystów. Jego największą atrakcją był zawsze olbrzymi, kiwający się na krawędzi przepaści, głaz La Piedra Movediza. Co prawda, głaz przed stu laty spadł ale niedawno zainstalowano jego kopię. Niestety, nie można się zbliżać, by sprawdzić, czy się nadal kiwa. Ciekawostką jest tam krążący nad tym niezwykłym miejscem duch niejakiego Tata Dios, nawiedzonego proroka - mordercy z XIX wieku.

Ostatni, przed powrotem do Buenos Aires, postój urządziliśmy sobie w San Antonio de Areco. Jest to niewielkie miasteczko, uważane za stolicę kultury gauczów. Okazało się małe, senne i praktycznie puste. O gauczach przypominały tylko nieliczne sklepiki z rękodziełem. Zamiast tłumów turystów, towarzyszyły nam tam zgraje bezpańskich psów.

Nazajutrz pozostało już tylko dotrzeć do lotniska i zwrócić autko. Okazało się to kłopotliwe, gdyż prosta droga dojazdowa była zamknięta i wbrew naszej woli, musieliśmy się zmierzyć z okrężną nawigacją po przedmieściach Buenos. Rzęsista ulewa poprzedniego dnia zmyła z samochodu większość patagońskiego błota, ale i tak mocno narzekano przy zwrocie. Udzielono nam upomnienia: "następnym razem umyjcie, zanim zwrócicie". Ba! Żeby tylko był następny raz...

BUENOS AIRES
PATAGONIA

Powrót do wstępu
Back to introduction