PATAGONIA

Podobno miejscowi określają Patagonię, jako Duże Nic. My, od pierwszego wejrzenia, polubiliśmy tą patagońską nicość i pomimo przejechania tysięcy kilometrów, wciąż nie mieliśmy jej dość.

Typowa, patagońska droga wiedzie prosto, przez suche zarośla, często dziesiątki kilometrów bez jednego zakrętu, czy szczególnego punktu, na którym można by zawiesić oko. Zarośla od szosy oddziela wszechobecny, druciany płot. Osady, pojedyncze domy a nawet inne samochody, spotyka się bardzo rzadko. Na pierwszy rzut oka, można się taką jazdą zanudzić na śmierć. Ale to tylko pozory. Na szosie, czy to asfaltowej, czy szerokiej szutrówce, trzeba wciąż wypatrywać głębokich, niebezpiecznych dziur. Zdarza się, że pod samochód usiłuje wbiec jakiś głupi ptaszek a nawet pancernik. Wystarczy uważniej się rozejrzeć, by na wspomnianym płocie wypatrzeć licznie wiszące szkielety owiec a przede wszystkim guanako. Jeszcze łatwiej wypatrzeć całe stada żywych guanako, a nawet strusie nandu. Marzenkę zachwycały kwitnące krzewy, a mnie, pojawiające się na horyzoncie, ośnieżone szczyty Andów. Dodatkową atrakcją są gęsto rozrzucone i często bardzo imponujące, przydrożne kapliczki. Poświęcone są w większości dwójce nieoficjalnych argentyńskich świętych. Czerwone domki - to Gauchito Gil, białe, otoczone setkami butelek z wodą, to Difunta Correi.

A gdy nicość stawała się naprawdę sterylna, przed nudą ratowały nas audiobooki. Nie było w tym nic dziwnego, że idealnie pasującą lekturą okazała się książka "Tu byłem - Tony Halik". Szkoda, że była zbyt krótka, jak na tak długą trasę.

Masowa turystyka dociera zaledwie w dwa miejsca w Patagonii. Typowe grupy wycieczkowe lecą samolotem do Puerto Madrin, by odwiedzić półwysep Valdes. Potem kolejny lot do El Calafate, by zobaczyć lodowiec Perito Moreno. Na koniec Ushuaia w Ziemi Ognistej i cała południowa Argentyna zaliczona! Oczywiście, spotyka się autokary i turystów w wielu innych miejscach, szczególnie na pojezierzu, u stóp Andów. Są to przeważnie Argentyńczycy, rzadziej Chilijczycy. Ich obecność nie jest w żaden sposób uciążliwa. Osobną grupą są zawzięci podróżnicy, przemierzający głównie słynną Ruta 40. Można ich spotkać na największym pustkowiu, nawet parę razy dziennie, na zakurzonych, obładowanych bagażem, wyprawowych motorach. Nie wiem, ilu z nich rozpoczyna podróż aż na Alasce, jak spotkana para Niemców. Wydaje się, że większość startuje mniej ambitnie - z sąsiedniego Chile.

Trasę narzuciła nam sama geografia. W praktyce południe Patagonii z resztą kraju łączy jedyna główna droga. Ruta Nacional 3 biegnie wzdłuż wybrzeża. Jest na całej długości asfaltowa. I odcinkami dość ruchliwa, co zrozumiałe. Siłą rzeczy, tą właśnie drogą, dotarliśmy na samo południe - do Rio Gallegos. Oficjalnie w Patagonii są dwie główne drogi. RN 40, biegnąca u podnóża Andów, ma małe znaczenie praktyczne. Ale to ją otacza legenda, jako część Trasy Panamerykańskiej. I ona jest drogą wytrawnych podróżników. Legendarna Ruta 40 była niegdyś całkowicie szutrowa i słynęła ze strasznych wertepów, bezludzia i kłopotów z paliwem. Wiedząc, że w ostatnich latach wiele sekcji wyasfaltowano, postanowiliśmy się z nią zmierzyć. Gdyby się okazała nieprzejezdna, mieliśmy plan B - powrót do RN 3. Tym sposobem nam się udało pokonać ostatni nieasfaltowany odcinek, długości ok 70 km, pomiędzy miasteczkami Tres Lagos i Gobernador Gregores, który lada chwila zniknie. Było nieco emocji, gdyż mieliśmy pecha jechać po ulewnym deszczu. Pomimo cienkiej warstewki tłucznia, trakt stał się grząski i miejscami śliski, jak lód. Na szczęście, jakoś udało się pokonać błotnisty trakt samochodem osobowym. Dzięki temu nie musieliśmy nigdzie zawracać i mogliśmy jechać dalej na północ, ku krainie gór i jezior. Zrobiliśmy zgrabną pętlę wokół całej Patagonii.

Nie będę zanudzał czytelników skrupulatnym wyliczaniem, a tym bardziej opisywaniem wszystkich odwiedzonych miejsc. Minęły te czasy, gdy cierpliwie przepisywałem i publikowałem nasze Dzienniki Wyprawy, dzień po dniu. To ciężkostrawna lektura. Ograniczę się do wspomnienia kilku najpiękniejszych atrakcji, wartych uwiecznienia.

Półwysep Valdes. Nasz pierwszy postój w Patagonii, to był prawdziwy festiwal zwierząt. Już podczas śniadania w hotelu, w Puerto Madrin, wypatrzyliśmy pierwszego wieloryba, pławiącego się blisko brzegu. Po południu już cała zatoka była ich pełna. Gdzie spojrzeć, tam wieloryb, wydmuchujący od czasu do czasu fontannę wody. Ale prawdziwe cuda zaczęły się dziać po wjeździe na półwysep. Od maleńkich gryzoni, po pingwiny gniazdujące na wyciągnięcie ręki. Od natrętnych ptaszków, po kolonie słoni i lwów morskich. Pierwszy raz w życiu na własne oczy zobaczyłem stada orek, wyskakujących nad wodę. Tego się nie zapomina. Na lądzie paradowały wszechobecne guanako i strusie. Było ich tyle, że powiedziałem do Marzenki: dość guanako, teraz chciałbym zobaczyć nara. I... pojawiły się małe nara. Wówczas zażartowałem, że teraz brakuje nam tylko pancernika do kompletu. Wierzcie, nie wierzcie, po chwili przed autem przebiegł nam pierwszy pancernik. Nigdy w życiu nie widziałem tylu różnych dzikich zwierząt w jeden dzień, I pewnie już nie zobaczę...

O ile półwysep Valdes to była parada żywych zwierząt, to cała wizyta w Argentynie była festiwalem skamieniałości, a przede wszystkim dinozaurów. Wspomniałem o wycieczce z Buenos Aires do muzeum przyrodniczego w La Plata. To był punkt kulminacyjny, prawdziwa inwazja potworów. Ale już wcześniej, w Patagonii mieliśmy kilka bliskich spotkań z prahistorią. Że wspomnę tylko muzea paleontologiczne w Trelew i w Villa El Chocon koło Neuquen. Wszak właśnie tam odnaleziono największe szkielety roślinożernych i drapieżnych dinozaurów na świecie. Był też skamieniały las w okolicy Sarmiento.

Rio Gallegos, poza tym, że było najdalej na południe wysuniętym, zwrotnym punktem nasze wyprawy, nie wyróżniło się atrakcjami. Ziemia Ognista rozciąga się dalej, na południe. Ale już tutaj dało się odczuć jakąś subantarktyczną dzikość krajobrazu i surowość klimatu.

El Calafate to niewielka miejscowość, oblegana przez turystów. Przypomina nieco Zakopane czy alpejskie kurorty w Szwajcarii. Deptakami przewala się międzynarodowy tłum. Pełno tam sklepów pamiątkarskich i szykownych restauracji. Calafate jest przede wszystkim punktem wypadowym do odwiedzenia parku narodowego lodowców. Ze słynnym Perito Moreno na czele. Za wjazd na teren parku (tak samo, jak na półwyspie Valdes), trzeba dość słono zapłacić. Jednak krajobrazy wynagradzają trudy i koszty. Lodowiec wydaje wciąż tajemnicze trzaski i szmery. Pęka i z hukiem zrzuca w wody jeziora wielotonowe bryły lodu. Cieli się, jak to nazywają fachowcy. A przede wszystkim wieje chłodem, hipnotyzuje błękitem i emanuje takim dostojeństwem, że zapomina się o przewalających się tłumach turystów. Po prostu stoi się na platformie widokowej i nie można oderwać wzroku. Podziwialiśmy lodowiec przez wiele godzin, wielokrotnie dłużej, niż przeciętni turyści. Świadomi, że nigdy tu nie powrócimy i chyba nigdy nie zobaczymy niczego podobnego, korzystaliśmy z wolności, jaką daje samodzielna, nieskrępowana harmonogramem biura turystycznego, podróż.

Nie tylko lodowiec ale i dookolne panoramy Andów zapierają dech. Wśród niezliczonych szczytów legendarny Fritz Roy. No i Cerro Torres. Raz jeden, niemal ćwierć wieku temu, obejrzałem film Wernera Herzoga "Krzyk kamienia". To wystarczyło, by góra wryła się na zawsze w pamięć i działała na wyobraźnię. Teraz miałem okazję zobaczyć jej niezwykłą sylwetkę na własne oczy. Aż żal, że nie mieliśmy dość czasu, by podjechać jeszcze bliżej. Tak blisko, jak tylko się da. Niestety, nigdy nie można mieć wszystkiego.

Od El Calafate zaczęła się wspomniana wędrówka na północ, drogą RN 40. Miejscami były to najdziksze i najbardziej bezludne okolice Patagonii, które udało się nam odwiedzić. Ale Ruta 40 już prawie w całości wyasfaltowana. Dopiero błotnista przeprawa przez ostatni szutrowy odcinek, uświadomiła nam, z czym się tu, nie tak dawno podróżni zmagali. O czym można jeszcze poczytać na blogach. Dziś w tamtych dzikich okolicach, nowa wstęga zwykłego asfaltu znacznie dodaje otuchy. Co prawda wokół absolutna pustka, telefon nie ma zasięgu a szkielet konia czy guanako straszy na poboczu. Jednak dopóki autko sprawuje się bez zarzutu a w zbiorniku jest dość paliwa, wszystko będzie dobrze.

Żeby się dostać do Cueva de los Manos - Jaskini Rąk, z listy dziedzictwa światowego UNESCO, trzeba na dobre zjechać z asfaltu. Ale droga jest dobra i nawet strome, szutrowe serpentyny nie sprawiają trudności. Niezwykłe miejsce wynagradza wszelkie trudy. Już sam widok głębokiej, skalnej doliny robi wrażenie. A obecność rysunków naskalnych, w szczególności niezliczonych odcisków dłoni, sprzed kilku tysięcy lat, jest wręcz surrealistyczna. Oczywiście, by w pełni docenić to, co się widzi, trzeba mieć wyrobioną wyobraźnię. Dla ludzi obojętnych na prehistorię, wizyta w tym odległym zakątku będzie niepotrzebną stratą czasu.

Po paru dniach wędrówki, przez suche krzewiaste pustkowia, dotarliśmy do walijskiego miasteczka Trevelin. O walijskim pochodzeniu mieszkańców ma przypominać kilka dwujęzycznych napisów (hiszpańsko - walijskich oczywiście) i elegancka herbaciarnia w centrum osady. Tu wkroczyliśmy do krainy jezior i lasów. I górskich widoków, tak pięknych, jakby prosto wziętych z kiczowatej fototapety. Na dalszej trasie odwiedziliśmy wiele miejscowości turystycznych - Esquel, El Bolson, San Carlos de Bariloche, San Martin de los Andes. Już same nazwy brzmią egzotycznie. Zupełnie niczym Tatrzańska Łomnica, Szczyrbskie Pleso czy Liptowski Mikulasz. Im bliżej Bariloche, tym więcej turystów. Ale na nas największe wrażenie zrobiło i pozostało najbardziej godne zapamiętania, pierwsze spotkanie z pojezierzem. Właśnie w Trevelin i pobliskim parku narodowym Los Alerces spodobało się nam najbardziej. Nocowaliśmy w ośrodku domków kempingowych, za który, na pierwszy rzut oka, pięciu groszy bym nie dał. Wyglądał na zarośnięty, zaniedbany. Może nieczynny? Pozory mylą. Nasz bungalow miał wszystko, co do szczęścia potrzeba. Czysto, wygodnie. Niezłe WiFi, czajnik, telewizor. A przede wszystkim za dużym oknem widok na góry. W każdą stronę, gdzie się spojrzy. Marzence zaimponował właśnie bezpośredni widok z łóżka na Andy.. . Pablo, młody gospodarz, mówiący po angielsku (!), wieczorami otwierał restaurację. Przyrządzał w niej najlepsze steki, jakie udało się nam zjeść podczas całej wyprawy. Całkiem niedrogo. I serwował niezłe piwo Otro Mundo.

Pobliski Park Narodowy Los Alerces, piękna kraina lasów i jezior, jest w sezonie ponoć bardzo popularny. Szczególnie wśród Argentyńczyków. Podczas naszych odwiedzin nie wybudził się jednak całkowicie z zimowego snu. Turystów było niewielu, punkty poboru opłat nieczynne. Zamkniętych było też wiele szlaków. Lecz te otwarte zupełnie nam wystarczyły. Miła pani w punkcie informacyjnym mówiła po angielsku, co w Argentynie nie zdarza się często. Wytłumaczyła nam, gdzie warto się wybrać. I tu pierwszy raz zapuściliśmy się w patagońskie lasy. Pierwszy raz zostaliśmy postraszeni pumami. Odtąd Marzenka nie rozstawała się z kijem, mającym jej służyć do obrony i robiła dużo hałasu, by odstraszyć dzikie koty. Tu też, pierwszy raz, spotkaliśmy okaz rzadkiego drzewa - fricroję i niezwykłe araukarie. Zobaczyliśmy Hotel Futalufquen - pierwszy przykład patagońskiej architektury podhalańskiej, połączenie drewna i kamienia. Były nawet jakieś prehistoryczne malowidła naskalne.

Przez kolejne dni podziwialiśmy jeszcze więcej lasów, śnieżnych szczytów i jezior. Ale też coraz więcej ludzkich osiedli, turystów, pamiątkarskich straganów, trudności z parkowaniem. Coraz mniej Andów mieliśmy dla siebie. Nic dziwnego, że żadna miejscowość nie mogła się równać z Trevelin.

Na pewno pozostanie nam w pamięci góra Piltiquitrón, położona nad El Bolson. Interesująca, choćby ze względu na przepiękną panoramę, czy niezwykłą galerię drewnianych rzeźb Bosque Tallado, rozrzuconych w trudno dostępnym lesie. Ale dla Marzenki to chyba przede wszystkim emocje, związane z dotarciem na punkt widokowy. Był to najbardziej stromy i wyboisty podjazd, jaki udało nam się pokonać.

Camino de los Seite Lagos - krajobrazowa trasa siedmiu jezior, ze względu na piękne widoki przyciąga wielu turystów. Gdy nią jechaliśmy, było nieco mgliście a my już zdążyliśmy się oswoić z pięknymi widokami. I może dlatego nie zrobiła na nas jakiegoś kolosalnego wrażenia. Mnie osobiście, wrył się w pamięć kuriozalny strumień Arroyo Partido, który w swym biegu się nagle rozdziela. Jedna odnoga płynie dalej, do Pacyfiku, a druga... do Atlantyku!

Argentyna to kraj Evity i Gombrowicza. Ale to też ojczyzna Ernesto Che Guevary. Podczas podróży, udało nam się obejrzeć w internecie film "Dzienniki motocyklowe". Wszak legendarny rewolucjonista, podczas swej epickiej wyprawy, dotarł również do Patagonii. I oto, w mieście San Martin de los Andes, zupełnie przypadkowo natknęliśmy się na dawne stajnie straży parkowej, w których w 1952 roku młody Guevara spędził noc. Z tej okazji otwarto w nich nawet skromne muzeum!

Ostatni dzień w rejonie Andów, to była prawdziwa krajoznawcza perełka. Za Junin de los Andes pożegnaliśmy Ruta 40 i zjechali na boczną, szutrową drogę. Znów zrobiło się pusto, bezludnie i bardzo dziko. "O, ktoś puszcza latawce!'' (Marzenka). Na takim pustkowiu? Spojrzałem zdziwiony. ''Jakie latawce? Przecież to są kondory!''. Wkrótce zaczyna się wspinaczka na najbardziej ekstremalne serpentyny. Co prawda szutrowa droga jest wygodna, szeroka i gładka. Lecz obecność urwisk i ciemne chmury, które nagle spowiły niebo, sprawiają, że robi się tak jakoś groźnie. I tu dopiero przekonujemy się, jak wieje legendarnie silny, patagoński wiatr. Szarpie autkiem tak, jakby chciał nas strącić w przepaść. Pokonawszy serpentyny, docieramy na przełęcz, na której spotykamy zagajnik przepięknych araukarii. Takiej okazji nie mogę przepuścić. Wysiadam z samochodu i idę zrobić kilka zdjęć. Huraganowy wiatr chce mi wyrwać aparat. Araukarie wyją niczym potępieńcy. Mam trudności, żeby wrócić do samochodu. Muszę się składać wpół i mocno zapierać nogami.

Po drugiej stronie gór wiatr nieco słabnie, znów pojawia się słońce. Nocujemy w miejscowości Caviahue, u stóp wulkanu Copahue. Tutaj wszystko jest jakieś nierealne, wzięte z innego świata. Księżycowy krajobraz, martwe, kwaśne jezioro. Jedyne drzewa, to araukarie. Wyglądają, jak z ilustracji do książek o czasach prehistorycznych albo powieści S-F. A sama osada? Tak bym sobie wyobrażał miasteczko na Islandii czy Spitzbergenie. I jeszcze ten dymiący wulkan. Mogliśmy się czuć, jak na końcu świata, za kołem polarnym, wszak było tu wszystko, czego nam było trzeba. Przytulny, choć straszący pustką hotel, sklep i knajpka.

I taka jest cała Patagonia. Duże Nic. Na pierwszy rzut oka jest tu dziko i niegościnne. Ale zawsze można znaleźć jakiś przytulny zakątek i poczuć się bezpiecznie. Niemal, jak u siebie.

BUENOS AIRES
PAMPA

Powrót do wstępu
Back to introduction